czwartek, 6 października 2016

WAŻNE!

Jak można zauważyć, dokładnie dzisiejszej nocy (kilka minut przed pierwszą) skończyłam pierwszą część tego opowiadania, książki, zwał jak zwał. Jeśli ktoś zajrzał na wattpada mógł być całkowicie świadomy moich planów, jakie sobie ustaliłam, pisząc tę serię. Nie chcę być jednak wredna i wszystko zamieszczę też tutaj, żebyście szukając nie musieli przebierać w gąszczu rozdziałów i dopisków na wattpadzie.



Jak wygląda plan na najbliższe tygodnie?

Chwilowo przerywam pisanie tego opowiadania, a raczej kontynuowania go. Chcę wziąć przerwę by odpocząć, skupić się na nauce i pomocy mojej rodzinie, szczególnie w tym okresie, gdy nasz skład powiększył się o jedną małą osóbkę. Staram się zaczerpnąć nowej inspiracji, która doda mi takiej weny, że przez drugą część przebrnę w mgnieniu oka. Nie porzucam jednak opowiadania całkowicie, bo można będzie dostrzec ślady mojej obecności. Po pierwsze: rozpoczynam korektę wszystkich rozdziałów, zaczynając od pierwszego. Po drugie: będzie panował tu CHAOS. Przede wszystkim ze względu na to, że mój styl pisania zmienił się przez cały proces tworzenia tego opowiadania i po tej korekcie niewątpliwie będziecie mogli stwierdzić, że czytacie coś zupełnie innego. Postaram się aktualizować wszystko na bieżąco by chaos jak najszybciej stąd zniknął.


Ile zajmie przerwa?

 Żeby była co do tego jasność: kiedy skończę korektę. Nie zamierzam nawet ruszyć palcem (pewnie i tak to zrobię, bo za bardzo mnie korci) do pisania drugiej części, a przynajmniej opublikowania czegoś, co z nią związane. Korekta jest moim celem pierwszorzędnym, podobnie jak wcześniej zakończenie pierwszej części. Nie chcę was zmuszać do czytania wszystkich rozdziałów od nowa, by przekonać się ile jeszcze zostało do dokończenia. Zastanawiałam się nawet, czy nie napisać tego opowiadania od nowa, ale okres tego pół roku był dla mnie tak bardzo znaczący, że nie chcę usuwać tego, co już tu napisałam. Może się nad tym zastanowię, gdy skończę już całą serię... Wstępnie nie mogę jednak określić ile zajmie korekta. Zwróćcie uwagę, że opowiadanie liczy prawie 40 rozdziałów, z którego każdy średnio ma po cztery tysiące słów. 


Co po korekcie?

Część druga, oczywiście. Jeszcze co do tego się zastanawiam, ale myślę, że niemal pewna jest narracja Bartka. Tym bardziej potrzebuję czasu na uporządkowanie jakoś tej drugiej części, bo nie ukrywam, że z Weroniką (po części to dlatego, że bohaterka wzorowana była na moim prawdziwym charakterze) było mi o wiele łatwiej "współpracować". Bartek, nawet dla mnie, w niektórych miejscach wciąż jest tajemniczy, ale uważam, że druga część opowiadana z jego perspektywy jest dobrym pomysłem. Między innymi dlatego, że jest to postać, która dopiero pod koniec pierwszej części została odkryta tak bardziej, dlatego lepsze zapoznanie się z nim może być dobrym wyjściem. Osobiście dla mnie to jest moja ulubiona postać w całym opowiadaniu, więc pisanie z jego perspektywy będzie dla mnie niewątpliwie dużą przyjemnością.


Druga część się skończy. Co po niej?

Tak samo jak z pierwszą - gruntowna korekta, bo założę, się, że popełnię kosmiczną ilość błędów i poprawianie tego zajmie mi kolejne stulecia. Zaraz po zakończeniu korekty drugiej części i krótkiej przerwie rozpocznę trzecią i zarazem ostatnią część tej serii. Niewykluczone, że cała akcja tak mi się przeciągnie, że nie zmieszczę jej w części drugiej, co za tym idzie powstaną równo cztery części, może i pięć. Wstępnie tylko tyle mogę oznajmić.


Wstępna data pojawienia się pierwszego rozdziału drugiej serii?

Koniec października, zależy jak długo uwijać się będę z korektą. Jeśli wszystko pójdzie pięknie i sprawnie to niewykluczone, że druga seria rozpocznie się jeszcze wcześniej. Póki co muszę wymyślić przede wszystkim tytuł, wstępny plan i rozwój wydarzeń, ponadto ułożyć to tak by w limicie tych czterdziestu rozdziałów się zmieściło. 


Skąd mogę wiedzieć, kiedy zakończy się korekta?

Wtedy, gdy tego postu już na tej stronie nie będzie. W ramach uroczystego zakończenia korekty, usunę ten post informacyjny, dając wam znać, że to już ten moment by wchodzić na bloga częściej w celu sprawdzenia, jak to wszystko się rozwija. 


A może wzbudzić smaczek na drugą część?

Jeśli miałabym opowiedzieć krótko przebieg całej akcji w drugiej części to mogłabym to określić następująco: Bartek i Weronika są już parą. Na początku wszystko układa się dobrze, niemal idealnie, ale jak to w każdym związku bywa przyjdą i problemy, z którymi przyjdzie im się zmierzyć. Szczególne wyzwanie będzie mieć główna bohaterka, która pewnej osobie wciąż nie wyleciała z głowy (tak, wiem, niezły spoiler, czekam na spekulacje, kto to taki). Oprócz tego los niejednokrotnie udowodni, że lubi się bawić życiem tej dwójki, rzucając im kłody pod nogi i wystawiając na coraz to inne wyzwania. 

Druga część niewątpliwie będzie warta moim zdaniem przeczytania, jeśli komuś spodobała się pierwsza część. Tam nie będzie spokoju przez większość rozdziałów. Można powiedzieć tak młodzieżowo: Od razu jedziemy z grubej rury.  

Dziękuję za przeczytanie tego posta informacyjnego i do zobaczenia, mam nadzieję, jak najszybciej tylko możliwe.

środa, 5 października 2016

37. Prawda.

          Patrzyłam wprost w jego zielone oczy, które swoją intensywnością dziś wręcz mnie porażały. Nie mogłam tego robić, nie w takiej sytuacji. Byłam zdecydowanie zbyt uległa, a wpatrywanie się w niego jedynie wprowadzałoby coraz większy mętlik w mojej głowie, z którego ostatecznie wynikłoby, że zgodziłabym się na wszystko. Nie mogłam na to pozwolić, bo zdawałam sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogłyby z tego wyniknąć. Straciłam najważniejszy element w każdej znajomości - zaufanie.
          Z początku nie mogłam się wysłowić, znalezienie słów było zbyt trudne. Żadne nie pasowało do tej sytuacji, a nawet jakbym jakieś znalazła poczułam jak mój głos z całej siły nie chce abym uczestniczyła w tej rozmowie.
- Mogę wejść? - spytał łagodnie.
          Zadanie było proste - odmówić. Ale tylko teoretycznie. Zdawało mi się, że on doskonale wiedział jak wielki wpływ ma na mnie nacisk zieleni jego oczu, tak samo jak spojrzenia mierzącego mnie od góry do dołu. Akurat teraz, w chwili, gdy wyglądałam jak sto nieszczęść, czułam się jak wrak człowieka, a najprostsze czynności były uniemożliwione przez ból.
- Jakoś o wejście do domu nie pytałeś.
          Bartek pokręcił delikatnie głową.
- Twoja matka mnie przywitała na podwórku - wyjaśnił. No tak, już wszystko jasne, mama widząc "ideał swojego zięcia" musiała go po prostu wpuścić do domu.
- Starasz się o jej względy? - spytałam głupio oschlejszym tonem, niż mogłam sobie wyobrazić.
          Przez cały czas starałam się wpatrywać w próg pokoju. Przez wzrost Bartka, mógł odnieść wrażenie, że po prostu spuściłam wzrok.
- Na co mi jej względy, skoro nie chcesz nawet ze mną rozmawiać?
- Dziwisz mi się? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie smutnym głosem, obdarzając go swoim pustym wypranym z wszelkich uczuć spojrzeniem.
          Nie miałam okularów i bez wątpienia mogłam stwierdzić, że w tej sytuacji to był plus i mogłam nawet za to podziękować Sebastianowi. Ostre rysy twarzy Bartka były w tej chwili zamazane, nie widziałam w dokładności każdego szczegółu jego twarzy, którą czasem przeszukiwałam w poszukiwaniu choćby jednej zmazy. Zastanawiałam się nawet, czy nie używa korektora, bo posiadanie tak nieskazitelnej skóry było dla mnie czymś niemożliwym.
          Westchnęłam głośno.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie chcę słuchać tłumaczeń?
- Zdajesz sobie sprawę, że teraz mnie to najmniej obchodzi? - spytał, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Czy ty kiedykolwiek liczyłeś się z moim zdaniem? - spytałam cicho, bardziej mrucząc niż wypowiadając z dokładnością każde słowo.
- Więcej razy, niż ci się wydaje. - odparł w odpowiedzi.
          Ostatecznie odpuściłam i przepuściłam go w drzwiach, zapraszając, a raczej dyskretnie sugerując, że możemy odbyć tę rozmowę, ale niech nie liczy na moje zaangażowanie.
          Usiadł bez pozwolenia na moim łóżku i głośno odetchnął. Stałam i przyglądałam się mu uważnie. Nie musiał być obdarzony super spostrzegawczością by zauważyć, że moje zaufanie do niego prysnęło niczym bańka mydlana.
- Usiądź - polecił mi. - To trochę zajmie.
- Lepiej, żebyś miał dobre wytłumaczenie - powiedziałam ostro. Sama nie wiedziałam skąd we mnie wezbrała się taka złość. - W innym wypadku możesz już wyjść. - wskazałam na drzwi do mojego pokoju.
          Bartek powędrował wzrokiem za moją ręką. Nie wyglądał na poddenerwowanego, albo po prostu nauczył się dobrze maskować swoje uczucia. Tak, to zdecydowanie było to.
- A w wypadku, w którym mi uwierzysz? - spytał spokojnie, jakby pytał o najnormalniejszą rzecz, a ja wcale nie chciałam zakończyć naszej znajomości. - Co wtedy?
          Nie dopuszczałam do siebie takiej myśli. Zastanawiałam się, co takiego mógłby dać na swoją obronę abym wybaczyła mu od tak wszystko i na powrót mu zaufała. Szybko pojęłam, że to niemożliwe.
- Wątpię by tak...
- Nie pytam, czy uważasz to za możliwe - odparł, pocierając skronie swoimi dłońmi. - Pytam, co zrobisz, gdy przekonam cię do tego, że mi na tobie zależy, a to co powiedział Sebastian jest już nieaktualne.
          Bądź twarda, cokolwiek by nie powiedział - bądź twarda, powtarzałam sobie w myślach.
- Nie wiem, co zrobię - wyznałam szczerze. - Na pewno tobie nie zaufam na nowo, tym bardziej po tym, co się wydarzyło. Poza tym czy to prawda, to co mówił Sebastian?
          Bartek głośno westchnął i przeczesał włosy palcami. Na pewno wiedział, jak ten ruch na mnie działał, ale nie dawał tego po sobie poznać, że robi to specjalnie.
- Wywody, jak bardzo chciałbym aby to okazało się kłamstwem i plan, o którym pewnie wspominał nigdy nie został przeze mnie ułożony, nie należą pewnie do tego, co chcesz teraz usłyszeć. - westchnął.
          Przełknęłam głośno ślinę. Myślałam, że zaprzeczy i zacznie rozwiewać ten bajzel, który powstał w mojej głowie. To było rozwiązanie o jakim marzyłam, jakie chciałam usłyszeć - że to wszystko to brednie, choć byłam pewna, że do końca nie uwierzyłabym w te tłumaczenia. To wszystko było jednym wielkim mętlikiem, którego rozwiązanie było nader trudnym zadaniem.
- Chcę usłyszeć prawdę, tylko i wyłącznie prawdę, nawet jeśli jest straszna...
- Nic ciebie już nie zrani bardziej, tak? - mruknął cicho pod nosem.
          Starałam się wyzbyć z mojej głowy wrażenia, że mówił to z poczuciem winy i łamliwym głosem. On udawał, na pewno.
- To prawda, dlatego, jeśli miałbyś w tym jakiś cel aby osiągnąć coś więcej i zniszczyć mnie bardziej to...
- Zamknij się. - powiedział. To był taki dziwny ton, że sama zszokowana zaniemówiłam. Nie był rozkazem, bardziej prośbą o to, żebym już nie poruszała tego tematu.
          Bartek oparł czoło na nadgarstku. Teraz to on bał się na mnie spojrzeć.
- Każdy w życiu popełnia błędy i dobrze o tym wiesz - powiedział. - Bądźmy uczciwi wobec siebie, ja nie będę ci wypominał tego głupstwa - wskazał ręką na moją kostkę. Na śmierć zapomniałam, że był jednym z nielicznych, którzy o tym wiedzieli. Nawet Fabianowi, a tym bardziej Izie nic nie mówiłam. - A ty nie będziesz wypominać mi tego, co zrobiłem. Ze wszystkich błędów, jakie kiedykolwiek popełniłem ten był najgorszy, bo pociągnął za sobą największą ofiarę.
          Nerwowo wzdrygnęłam, po czym uznałam, że lepiej będzie jeśli usiądę. I chociaż tym samym jedynie się do niego przybliżyłam, to czułam tą pewność, że przynajmniej nie stracę czucia w nogach.
- Nie zrozum mnie źle, ale nie cofnąłbym czasu by to wszystko naprawić. - przyznał. Otworzyłam szerzej oczy i spojrzałam na niego.
          Obserwował moją szafkę naprzeciwko łóżka. Dopiero teraz zauważyłam, że zostawiłam moje starsze zdjęcia na wierzchu, te z czasów, w których jeszcze nie osiągnęłam idealnej wagi, ale już byłam w drodze do tego celu.
- Dlaczego? - spytałam cicho. Uznałam to za zdradę, jakkolwiek to nie brzmi. Myślałam, że skoro wiedział jak bardzo mnie tym zranił powinien chcieć oddać wszystko by to naprawić, a najprościej byłoby właśnie cofnąć się w czasie i nie wpaść na taki pomysł. Ale myśląc realistycznie, pozostawały mu te próby teraz.
          Potrząsnął delikatnie głową i spojrzał na mnie. Widoku jego oczu obawiałam się właśnie najbardziej. Ich zieleń połyskiwała w blasku światła, które dawała lampa, przez co ich kolor wydawał się żywszy niż zwykle.
- To normalne, że ludzie popełniają błędy - powiedział. - Ale gdyby ich nie robili nigdy nie nauczyliby się, co jest dobre, a co złe. Niezależnie od tego jak ktoś jest inteligenty nie jest w stanie tego wszystkiego pojąć, wcześniej nie próbując iść w ciemno. Czasem życie przypomina taką wędrówkę. Idziesz przed siebie, starasz się na nic wpaść, ale właśnie wtedy najczęściej napotykasz przeszkody. Im bardziej idealni chcemy być, tym większe ponosimy ryzyko natknięcia się na błędy.
          Takie filozoficzne myślenie nie wnosiło nic nowego do sprawy, w której celu tu przyjechał. Mimo to postarałam się zrozumieć każde z wypowiedzianych przez niego słów i musiałam przyznać, że rzeczywiście miał rację.
- To właśnie błędy kształtują ludzi na to by ich życie miało dostatek rozwagi, rozumu i wiedzy by radzić sobie w podobnych sytuacjach. - odparł. - Gdyby nie to, co się wydarzyło w przeszłości i te błędy, które popełniłem nigdy nie znalazłbym się w tym miejscu o tym czasie, a co za tym idzie... - Zrobił chwilę przerwy. Oderwał ode mnie wzrok, a jego usta zagięły się w kształt delikatnego uśmiechu. - Nigdy nie zrozumiałbym, co tak naprawdę znaczy kogoś kochać.
          Dzięki Bogu, że nie spojrzał na moją reakcję. Oddech momentalnie stał się ciężki, a struny głosowe znów się poplątały, nie pozwalając mi nawet powiedzieć, żeby nie kłamał. Nie teraz. Nie w momencie, w którym stałam się bardziej odsłonięta na jakikolwiek atak, niż kiedykolwiek.
- Abyś zrozumiała tę historię jak najlepiej, bo widzę, że teraz nie wierzysz w to, co mówię - Czyli zauważył. - Chyba najlepiej będzie, jeśli zacznę od samego początku.
          Nie miałam pojęcia o jakim początku mówił, dlatego tylko delikatnie skinęłam głową cały czas obserwując go jak zahipnotyzowana.
- Ważne jest, żebyś mi nie przerywała - powiedział. - Nie opowiadałem tej historii nikomu od bardzo dawna.
          Spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia, czy dostosuję się do polecenia, a ponadto - nikomu nie powiem. Nie musiał o tym wspominać, wiedząc, że nawet może i to wszystko jest strasznie pokręcone, to należy mu się szacunek do jego sekretów. Tym bardziej, że domyślałam się jaki temat zechce poruszyć.
          Niepewnie pokiwałam głową.
- Więc - zaczął. - Wszystko zaczęło się w podstawówce. Wiem, że widziałaś zdjęcie, więc nie muszę ci pewnie tłumaczyć, jak bardzo byłem wśród rówieśników nielubiany. - Chciałam się wtrącić, pytając o dokładniejsze szczegóły, ale przypomniał mi się zakaz. - Praktycznie sama skóra i kości, mizerny dzieciak z okularami o naprawdę strasznych oprawkach, ubrany zawsze w to samo, czyli sweterki w paski i jakieś niebieskie dżinsy do tego. Mój ogólny wygląd uznali za kompromitujący i na każdym kroku pokazywali mi, co to znaczy być śmieciem. Czasami wyciągali odpady z kubłów do segregacji i wypychali nimi mój plecak, śmiejąc się, że swój jest wśród swoich. Innym razem po prostu rzucali nimi we mnie, czasem raniąc mnie, bo w końcu oprócz plastiku, jakichś zużytych śmierdzących papierów były jeszcze odłamki szkła.
          Czułam się okropnie, słysząc jego historię. Wydawał się taki opanowany, ale widać było, że nie trzyma się i lada chwila jego stoicki spokój zburzy się, a on sam podupadnie.
- Na początku nie mieszkałem w Gryficach. Rodzice pracowali i ciągle byli w rozjazdach, dopiero, gdy sytuacja się ustabilizowała zmieniłem szkołę i zamieszkaliśmy w Gryficach na stałe. Matka zajęła się pracą w szpitalu, a ojciec jakby przejął wszelkie sprawy prowadzenia Gryf Areny. Ja sam myślałem, że to duża szansa dla mnie. Czysta karta, wpływowi rodzice, byłem całkiem mądry. - Ta, jasne, szóstki od góry do dołu na świadectwie to typowa "przeciętność" - I faktycznie sytuacja do końca podstawówki się uspokoiła. Byłem raczej cieniem na szkolnych korytarzach, na kogo nikt nie zwracał uwagi. Zaszywałem się gdzieś by pobyć w samotności, z dala od innych. Zacząłem się bać, że jeśli się wychylę wszystko skończy się jak w poprzedniej szkole.
          Po raz kolejny przeczesał palcami włosy, tym razem na pewno ze zdenerwowania.
- W gimnazjum było inaczej. - powiedział, po czym na chwilę zamilkł. - O wiele gorzej. Koszmar wrócił ze zdwojoną siłą, bo każdy w mojej klasie był już poduczony w tych sprawach, znaleźli sobie popychadło w mojej postaci i nieustannie mnie wykorzystywali. Robiłem im zadania domowe, jeśli ich nie dostali darli mi zeszyty. Pamiętam, że do fizyki zmieniałem zeszyt jedenaście razy. Przepisywanie tej samej treści kilka razy sprawiło, że opanowałem tej przedmiot niemal do perfekcji. Czasem pobijali mnie na szkolnym placu, niektórzy dostawali kilka razy nagany, ale to nie pomagało, więc zmieniłem szkołę.
          Westchnął głośno.
- Też była w Gryficach, ale najbardziej oddalona od tamtej. To właśnie tam poznałem Sandrę. - syknął na samą myśl o niej. - Z początku była bardzo życzliwa, dobra, uczynna, była nienaganna... - milczał przez chwilę, po czym spojrzał na mnie. - Z zachowania bardzo ciebie przypominała. - Już chciałam mówić, żeby nie porównywał mnie do kogoś takiego, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. - W każdym razie spodobała mi się, nie wiem jak to do końca się stało, że zostaliśmy parą. - westchnął. - Teraz widzę w tym zwykłe szczenięce zadurzenie, ale wtedy myślałem, że naprawdę coś z tego będzie. Można powiedzieć, że tak jakby zamieniliśmy się rolami. Ja rozmyślałem już nad naszą przyszłością, gdy ona chciała żyć teraźniejszością i bez większych zobowiązań. - znów chwilę przemilczał. - W końcu pewnego dnia podeszła do mnie i zwyczajnie powiedziała, że się mną znudziła. Nie rozumiałem jej, gdy dołączyła do tamtejszej elity, a ja stałem się jej ofiarą. Jeszcze nie umiałem się obronić.
          Spuścił wzrok na podłogę obłożoną lateksem. Wyglądał na strasznie przybitego wspominaniem przeszłości. Mimo aktualnej sytuacji doceniałam to, że zgodził się opowiedzieć o tym trudnym dla niego okresie, wiedziałam, że musiało mu być z tym ciężko.
- To był swego rodzaju przełom - powiedział. - Po tym jak wytknęła mi co jej we mnie nie pasowało zmieniłem się nie do poznania. Uległy charakter? Stałem się opryskliwy, bardziej zdeterminowany i arogancki. Na pierwszym miejscu postawiłem siebie. Wygląd? Wyrzuciłem wszystkie swetry jakie miałem i po gruntownych przeszukiwaniach sklepów wraz z kartą rodziców doszczętnie zmieniłem swoją garderobę. Włosy? Sama widzisz jak teraz wyglądają. - Wskazał palcem na swoją gęstą czuprynę. Za każdym razem, gdy na nie spoglądałam sprawiały wrażenie tak idealnie dopracowanych pod każdym względem, że bałam się w ogóle je ruszyć by nie zepsuć tej struktury. - Okulary? Kupiłem soczewki, w dodatku takie by pociemniły prawdziwy kolor moich oczu. Jaskrawa zieleń nie podobała się moim znajomym, więc uznałem ten kolor za swoje przekleństwo. Jej też się nie podobał, mówiła, że ilekroć patrzyła mi w oczy miała ochotę zwymiotować.
          Faktycznie w porównaniu do oczu ze zdjęcia ich kolor był zdecydowanie teraz ciemniejszy. Wydawał się być dziwnie poblakły, jakby faktycznie to były dwa zupełnie inne kolory, a nie tylko ciemniejszy odcień.
- Mógłbyś je zdjąć? - spytałam cicho.
- Co? Soczewki?
          Pokiwałam delikatnie głową w odpowiedzi. Bartek po chwili zawahania wyciągnął palce i zdjął soczewki. Odruchowo odwróciłam wzrok by na to nie patrzeć. Nie lubiłam widoku przykładania czegoś do oka, albo ogólnego majstrowania przy nim. Dla mnie oko był nietykalną częścią ciała, która w zetknięciu z czymś materialnym rozleciałaby się w drobny mak.
          Gdy odwróciłam się w jego stronę kolor był zdecydowanie inny. Bardziej wyrazisty, tęczówki inaczej, lepiej wyostrzone w taki sposób, że jaskrawość zieleni nie tylko sama w sobie była piękna, ale również podkreślana była w tak wyjątkowy sposób, że naprawdę nie potrafiłam zrozumieć, co w nich mogłoby się nie podobać.
          Bartek zamrugał kilka razy i potarł ociężale swoje oczy.
- Czuję się ślepy jak kret - odparł. Uśmiechnęłam się delikatnie, rozumiejąc jak nikt jak teraz się czuje. Koniec końców ja też byłam pozbawiona swoich okularów, z tą różnicą, że na dłużej. - Mogę już je założyć?
- O ile obiecasz, że kupisz takie, które nie będą pociemniały ich koloru. - powiedziałam cicho.
- Naprawdę się tobie podoba? - spytał, nie dowierzając. Z powrotem założył soczewki.
          Dla własnego bezpieczeństwa nie odpowiedziałam na to pytanie. I tak myślałam, że odpowiedź jest zbędna, bo on i tak znał prawdę.
- Doceniam to, że odważyłeś się mi opowiedzieć o swojej przeszłości, tym bardziej teraz, gdy wiesz jaki mam stosunek do naszej znajomości...
- Właśnie o to mi chodzi - przerwał mi. Zmierzyłam go zdziwionym spojrzeniem. - Nie oczekuję współczucia, czy żalu, chcę żebyś po prostu wysłuchała tego do końca. Ta opowieść nie ma na celu nic innego, jak uświadomienie ci dlaczego posunąłem się do obmyślenia tego planu i podanie ci odpowiedzi na pewnie najbardziej nurtujące ciebie pytanie od już naprawdę dawna. Dlaczego ty? Chcesz to wiedzieć, prawda?
          Czy to był ten upragniony przeze mnie moment, w którym w końcu mogę się dowiedzieć dlaczego z tylu osób dostępnych na świecie taki los przypadł akurat mi?
          Pokiwałam delikatnie głową w odpowiedzi.
- Nie zwracałem na ciebie uwagi, dopóki nie zaczęłaś być wyróżniana na apelach pod względem wkładu pracy i ocen już na początku roku, pokazując się z dobrej strony - przyznał. - Wtedy mimowolnie czasami się tobie przypatrywałem, nie wiem dokładnie w jakim celu, po prostu chyba bardzo przypominałaś mi kogoś kim ja byłem kiedyś. I wtedy zapragnąłem w jakiś sposób zemścić się na osobach, które mnie kiedyś zraniły w nieco inny sposób. Chciałem sam doprowadzić kogoś do takiego stanu jaki ja przechodziłem, wiem, że to brzmi dziwnie i nielogicznie, ale cały ten sposób myślenia nie miał sensu.
          Westchnęłam głośno.
- Więc wtedy stwierdziłeś, że najlepszym materiałem na ofiarę będę ja?
- To wszystko miało wyglądać inaczej - odparł. - Tak naprawdę to ja pod twoją nieobecność zakradłem się do twojego plecaka i wyciągnąłem z niego szkicownik, wiedząc, że mam na ciebie idealnego haka. Najpierw planowałem, że stopniowo będę ciebie upokarzał coraz bardziej, bardziej i bardziej, aż w końcu sama stwierdzisz, że masz tego dość. Chciałem powyrywać niektóre rysunki i porozwieszać je po całej szkole z napisem... Obraźliwym napisem.
          Na chwilę zamilczał.
- Pokrzyżowałaś moje plany w momencie, gdy złamałaś nogę. - zaczął. - Sam fakt, że masz ją zagipsowaną nie wydawał się być problemem dopóki nie dostałem kary by nosić ciebie po szkole. Widziałem w tym niesamowitą szansę by rozpocząć plan inaczej, z większym rozmachem, a zamiast upokorzenia doprowadzę cię do stanu mniej więcej takiego jak teraz - Spojrzał na mnie ze smutnym wyrazem twarzy, po czym przełknął głośno ślinę. Czułam jak z każdą chwilą powoli mięknę, a pod wpływem jego spojrzenia skorupa, którą w tak krótkim czasie przed nim zbudowałam rozpada się w drobne kawałki.
          Głośno westchnął, pomasował swoje skronie i odchylił głowę do tyłu.
- Miałaś być zakochana po uszy, gdy planowałem zakończyć to wszystko - wyjaśnił. - Myślałem, że po tej akcji z Sandrą wiem, co to znaczy kogoś kochać, a później być przez taką osobę zranionym. Dzisiaj chyba oboje się czegoś nauczyliśmy i coś zrozumieliśmy.
- Co takiego dokładnie masz na myśli? - wyszeptałam. Czułam się jakby każde wymuszenie głośniejszego tonu kosztowało mnie niezliczoną ilość energii.
          Po chwili milczenia spuścił głowę z powrotem na dół i oparł się łokciami o kolana.
- Ty pojęłaś, że zraniłem ciebie bardziej niż ktokolwiek inny i nigdy nikt nie da rady zrobić tego "lepiej" - Nakreślił cudzysłów w powietrzu. - Ja zrozumiałem, że...
- Poczekaj. - nakazałam. Czułam, że wiem do czego zmierza i bynajmniej nie byłam na to gotowa. To nie mogła być prawda. - Jestem w stanie znieść każde kłamstwo, ale jeśli zamierzasz powiedzieć, to o czym myślę to błagam, nie rób tego.
- Ach, tak - westchnął. - Więc ty masz prawo do wyznawania miłości komuś tak dwulicowemu i okropnemu jak ja, a w moim przypadku wyznanie tego samego do osoby przerażająco perfekcyjnej jak ty już jest zabronione?
          Otworzyłam usta ze zdziwienia, dłuższą chwilę zastanawiając się, co właśnie powinnam powiedzieć. Idealna? Ja? To były jego kolejne gierki? Nie chciałam jednak w tej chwili nad tym się rozwodzić, mieliśmy zdecydowanie ważniejsze sprawy do omówienia.
- Dla twojej wiadomości - Przerwał grobową ciszę panującą między nami. Podniósł do góry lewą rękę i dopiero teraz zauważyłam, że jego bluza bardziej niż zwykle jest naciągnięta na lewą dłoń. Gdy ją odsłonił po raz kolejny osłupiałam. Cała była czerwona. - Otrzymał tyle samo ciosów, co ty.
          Nie rozumiałam sensu tego zdania na początku. Dopiero później wciąż odczuwalny ból w całym ciele dał mi znać, co tak naprawdę się wydarzyło. Będąc szczerym, ile czasu leżałam wypłakując się w poduszkę, skoro zdążył to zrobić?
- Pobiłeś go? - spytałam, nie dowierzając.
- Dostał to, na co zasłużył - powiedział, a w jego głos wstąpiła chwilowa złość. - Ostrzegałem go więcej razy, niż myślisz, tłumaczyłem, że to już dawno wyszło spod kontroli, a cały plan ma odejść w zapomnienie... W niektórych sytuacjach, nie licz, że zachowam spokój.
          W oczach na powrót stanęły mi łzy, gdy naciągał rękaw na swoją poranioną dłoń. Nie mogłam tak na to patrzeć, wiedząc, że wina leży po części po mojej stronie. To ja go nie powstrzymałam przed tym głupstwem, jakim było ranienie siebie dla mnie.
          Złapałam go delikatnie za lewy nadgarstek, niezdarnie się do niego przysuwając. Nie był zdziwiony, sprawiał wrażenie, jakby tego się spodziewał.
- A życzenia? - spytałam tak cicho, że sama omal nie usłyszałam pytania. - O co w nich chodziło?
          Bartek odetchnął głośno, delikatnie zdejmując moją zaciśniętą na jego nadgarstku dłoń bez najmniejszego problemu.
- Chciałem przyćmić czymś moją prawdziwą naturę i sprawiać wrażenie, że interesuję się tobą, a ty masz wszystko w swoich rękach - powiedział powoli, tak żeby każde słowo dotarło do mnie i zdążyłabym odpowiednio je sobie przetworzyć. - W pewnych chwilach myślałem, że dwadzieścia trzy to aż przesada, ale gdy zobaczyłem w jakim celu je wykorzystujesz uznałem, że to nie będzie tragedią.
- Czyli wtedy tobie jeszcze na mnie nie zależało? - spytałam cicho, nie do końca chcąc usłyszeć odpowiedź.
- Zależało, ale nie przyznawałem się do tego przed sobą.
          Pokiwałam delikatnie głową, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość.
- Dalej mi nie wierzysz? - spytał.
- W czym dokładnie?
- Cały czas nie wierzysz, że ciebie kocham i to już nie jest kłamstwo.
          Tym razem nie zdążyłam już go powstrzymać przed wypowiedzeniem tych słów. I stało się to czego tak bardzo się obawiałam. Zmiękłam już do tego stopnia, że gdyby nawet udawał i nie popełnił żadnego błędu i tak bym mu we wszystko uwierzyła.
- W takim razie wejdź na stronę gazety gryfickiej. - polecił mi. Zdziwiła mnie jego prośba, bo nie miałam pojęcia co takiego mogło się tam znaleźć by przekonać mnie do tego, że on wcale nie kłamie. Jakiś wywiad, w którym mnie pozdrawia? Transparent na trybunach z napisem: Kocham Weronikę? Widziałam wszystkie możliwe opcje.
          Posłuchałam się jego polecenia i po chwili miałam już w dłoni telefon, wpisując w wyszukiwarkę odpowiedni adres.
- Pierwszy artykuł w najnowszych informacjach.
          Zgodnie z jego wskazówką kliknęłam pierwszy odnośnik jaki zauważyłam na stronie, nie przyglądając się nawet jego tytułowi.
          Gryficcy siatkarze przed wielką szansą - przeczytałam. - Zawodnicy gryfickiej drużyny trzecioligowej w piłce siatkowej mężczyzn znów pokazują klasę! Po ostatnich tygodniach ciężkich przygotowań do eliminacji mistrzostw Polski, gryficzanie wreszcie z dumą mogą przyznać, że wysiłek się opłacił. To jednak nawet nie jest połowa drogi do upragnionego tytułu naszych młodych talentów. Aby trafić do jak najlepszej grupy, z której bez problemu siatkarze powinni wyjść, zawodnicy muszą wygrywać teraz wszystkie mecze po kolei by końcowa statystyka w czasie losowania grup dobrała ich do jak najlepszego koszyka. Ostatnie trzy mecze, ukazując w pełni swój potencjał zdominowali. Pokazali, że nie należy lekceważyć kandydatów do tytułu mistrza. Już 8. stycznia we wtorek staną przed kolejnym wyzwaniem, jakim jest zespół ze Stargardu...
           Zamarłam. Cofnęłam się o kilka linijek by przeczytać jak byk widniejącą datę: ósmy stycznia. Panicznie sprawdziłam datę, mając nadzieję, że jednak się mylę. Nic z tych rzeczy. Po wyczytaniu jeszcze godziny rozpoczęcia spotkania z przerażeniem stwierdziłam, że Bartek od ponad pół godziny powinien być w innym miejscu.
           Spojrzałam na niego. Wyglądał na opanowanego i mającego całą sytuację pod kontrolą. Szkoda tylko, że tego samego nie można było powiedzieć o mnie.
- Dlaczego tu jeszcze jesteś? - spytałam zmieszana. - Mecz już się przecież dawno zaczął...
- Wiem.
- Więc na co czekasz? - Spojrzałam na niego błagalnie. Co jak co, ale drużyna na pewno przestałaby mieć mnie za kogokolwiek przyjaznego skoro zatrzymałam ich kapitana u siebie, gdy powinien rozgrywać mecz, najważniejszy póki co, bo musiał się skupić na celowaniu w jak najlepsze losowanie. Na litość boską, na dodatek przeze mnie doznał kontuzji.
           Bartek wypuścił cicho powietrze z ust.
- Aż zrozumiesz, że mi na tobie zależy.
- Bartek, błagam cię, tę rozmowę możemy przełożyć, ale ty musisz iść grać - powiedziałam błagalnym tonem. - Nie chcę, żebyś mając przed sobą taką szansę na rozwinięcie skrzydeł marnował to, siedząc tu. Poświęciłeś się siatkówce, nie możesz teraz tego tracić.
- Mylisz się. - pokręcił głową, po czym wstał z mojego łóżka. Sufit był trochę za nisko jak na niego, więc musiał pochylać delikatnie głowę do przodu. - Siatkówka była jedynie odskocznią żebym mógł zapomnieć o tym, kim kiedyś naprawdę byłem. Nie mówię przez to, że już nie chcę grać, bo mi się to spodobało, ale wiązanie z tym przyszłości już tak bardzo mi na rękę nie leży. Teraz coś na czym mi naprawdę zależy mam właśnie przed sobą i nie zamierzam pozwolić temu nagle prysnąć.
           Chciałam coś powiedzieć, ale zrezygnowałam. Tego było za wiele. Ten argument był tak bardzo niepodważalny, że nie byłam w stanie odnaleźć niczego, co mogłoby go przyćmić. Bartek poświęcał się siatkówce do tego czasu - momentu, w którym uznał, że coś, a dokładniej ja, prześcignęło to nad czym ostatnio tak ciężko pracował i zajął pierwsze miejsce. I choć to wydawało się niemożliwe nie mogłam znaleźć niczego, nawet tego przeklętego planu, co mogłoby choć trochę podważyć szczerość płynącą od niego.
           Bartek przełknął głośno ślinę.
- Wczoraj oferowałaś mi jedno życzenie - przypomniał mi. Pokiwałam potwierdzająco głową i choć nie wiedziałam, czy one naprawdę dalej obowiązują, nie zamierzałam pozbawiać go tej jednej rzeczy, którą to ja mogłam zrobić dla niego.
           Chwycił niepewnie moją dłoń i splótł ją ze swoją. Serce podskoczyło mi do gardła, a oddech gwałtownie przyspieszył. Lepiej, żebym uspokoiła się zanim dostanę jakichś palpitacji. Obydwoje wpatrywaliśmy się w nasze złączone dłonie. Mimo różnicy między nimi, to moja drobna i krucha pasowała idealnie do jego. Ścisnął ją trochę mocniej, jakby bał się, że zaraz wyrwę się z jego uścisku.
- Jeśli jest jedna rzecz, o którą mógłbym cię prosić, chciałbym aby to było twoje zaufanie - powiedział. - Teraz nie pozostaje mi nic innego jak błaganie cię o przebaczenie tego błędu, który w praniu chyba i tak wyszedł nam, a przynajmniej mi na dobre.
           Podniósł wzrok z dłoni do moich oczu. Powędrowałam tą samą drogą, krzyżując z nim spojrzenia. Lewą delikatnie opuchniętą dłoń przyłożył mi do policzka i pogładził go jej wierzchem. Z ciężarem przychodziło mi swobodne oddychanie.
- Gdybym go nie popełnił nigdy bym się nie dowiedział, jak bardzo mi na tobie zależy i jak bardzo ciebie kocham - przyznał. Boże, tylko nie teraz. Zacisnęłam mocniej powieki byle tylko nie płakać, ale mimo to łzy i tak spłynęły po mojej twarzy. Nie spływały za długo, bo Bartek starł je opuszkami palców. - Daj nam szansę. - wyszeptał, jakby zdradzał mi największy sekret jaki tylko mógłby mieć i nikt inny nie mógłby się o tym dowiedzieć. - Zaufaj mi ten jeden, ostatni raz. Jeśli potrzebujesz czasu mogę ci go dać, poczekam nawet wieczność, jeśli to będzie tego warte. Ale błagam, daj mi tę jedną szansę, a obiecuję, że jej nie zmarnuję.
           Jemu głos też zaczął się powoli łamać. Wiedziałam, że obydwoje mieliśmy powoli dość, a te granice nas jedynie dobijały. Mogłam wymieniać tysiące argumentów by odrzucić jego propozycję, ale jeden argument za był na tyle niepodważalny, że nie mogłam podać innej odpowiedzi - kocham go. Poza tym każdy zasługuje na drugą szansę, tym bardziej po tym jak poświęcając tak wiele w postaci tego, co się robiło przez ostatnie lata na rzecz bliskiej mu osoby.
           Gdy zdałam sobie sprawę z tego, co chcę mu odpowiedzieć na chwilę odebrało mi mowę. Na szczęście szybko ją odzyskałam.
- Myślę, że możemy spróbować. - powiedziałam. Uświadomiłam sobie w pełni, na co się zgadzam. W końcu nasze relacje będą miały konkretną nazwę, a przede mną wreszcie szykował się ten pierwszy niezapomniany związek.
           Bartek pokiwał wyraźnie szczęśliwy głową, a na jego twarzy podobnie jak na mojej zagościł uśmiech. Później pochylił się delikatnie i złączył nasze usta w pocałunku, pieczętującym nasz związek jako rozpoczęty i, mam nadzieję, trwający jak najdłużej tylko możliwe.
           Miał rację, mówiąc, że bez popełniania błędów życie nie miałoby większego sensu. I ja byłam teraz pewna, że niezależnie od tego jakie błędy ostatnio popełniłam, nie żałuję żadnego z nich, bo doprowadził mnie do stanu, w którym chciałam pozostać już na zawsze. Choć niektóre błędy były naprawdę głupie i nie chciałabym ich popełniać, to nie zaryzykowałabym cofnięcia się w czasie by je naprawić. Nie teraz. Nie teraz, gdy obok siebie miałam osobę, którą kocham. W dodatku ze wzajemnością.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

niedziela, 2 października 2016

36. Za drugim razem.

          Nigdy nie wierzyłam, że istnieją przyjacielskie pocałunki i bynajmniej nie chciałam testować ich w mojej znajomości. Ale jak inaczej mogłabym nazwać to co zaszło między mną a Bartkiem? Nasza relacja nie miała określonej nazwy. Przyjaciółmi nazwać się nie mogliśmy, przede wszystkim dlatego, że te uczucia, które towarzyszyły nam przy rozmowach już dawno wyszły poza tę granicę. Parą też nie byliśmy, a przynajmniej ja nie miałam pojęcia czy taka propozycja miała miejsce i jak na nią odpowiedziałam.
          Następnego dnia musiałam iść do szkoły i spotkać Sandrę. Dałabym naprawdę wiele by móc zostać w domu i nie oglądać jej twarzy. Ponadto na domiar złego Bartek wspominał coś, że tego dnia nie pójdzie do szkoły, żeby kogoś (czyli jej) nie skrzywdzić. Przystanęłam na tę opcję tylko dlatego, żeby nie widzieć znowu jego furii i żeby unikał konfrontacji z dyrektorem najdłużej jak tylko mógł.
          W szkole panował gwar jak jeszcze nigdy. Dzień wcześniej zwolniłam się z ostatnich lekcji, ale mogłam się domyślać, że ta atmosfera utrzymuje się od akcji z Sandrą i Bartkiem. Patrząc na to z innej perspektywy, dla uczniów rzeczywiście mógł to być niesamowity temat do rozmów - nowa uczennica już swojego pierwszego dnia w nowej szkole podpada najpopularniejszemu chłopakowi w szkole, w dodatku nie byle jak, bo rzucanie osobami najdelikatniejszą formą przekazania zakazu zbliżania się nie jest.
          Lekcje dłużyły mi się na oglądaniu tablicy, rysowaniu czegoś po okładce brudnopisu i zabawą przyborami. Rozumiałam już, dlaczego niektórzy tak bardzo chcą siedzieć w tylnych ławkach. Nauczyciele nie zwracali na mnie w ogóle uwagi. Nawet gdy przez przypadek upuściłam ołówek na podłogę, którym rysowałam jakieś komiksy uszło to ich uwadze. Poza tym naprawdę nie miałam pojęcia, jak to możliwe, że tak bardzo nie skupiając się na lekcji i tak temat zrozumiałam lepiej od niektórych. Westchnęłam głośno na samą myśl, że będę musiała zrobić kilka notatek by to utrwalić.
          Po zajęciach z przerażeniem stwierdziłam, że jeśli się nie pospieszę spóźnię się na pociąg. W nowym roku cały system zmienił godziny odjazdów na moją niekorzyść. Teraz w każdy wtorek i środę musiałam biec ile sił w nogach by dotrzeć na czas.
          Padał śnieg, ale nie wiem co dokładnie podkusiło mnie żeby udać się na skróty. Przysięgam, że gdybym wiedziała jak to się skończy bez wahania poczekałabym na drugi kurs w stronę mojego domu.
          Z początku nie zapowiadało się na coś strasznego. Szłam spokojnie, no może z bardziej przyspieszonym tempem niż zwykle, ale nie panikowałam. Wiedziałam, że z taką prędkością dojdę w odpowiednim czasie.
          Skróty składały się z kilku alejek połączonych w jedną sieć, która mogła mnie bez problemu zaprowadzić do celu, teoretycznie bez problemu. Ciemne uliczki były idealną kryjówką dla uczniów, którym nie przypadło do gustu ukrywanie się przed służbami prawa na głównych ulicach. Szczegół powinien być dla mnie tak oczywisty, a zarazem przerażający, że bez cienia wątpliwości wybrałabym inną drogę. Tym razem jednak o tym zapomniałam.
          Gdy wyszłam zza jednego z rogów przed sobą zauważyłam obraz, który wprowadził mnie w osłupienie i przerażenie, że właśnie wpakowałam się w kłopoty. Przede mną stali Sebastian, Wiktor (nie miałam pojęcia, co on tam w ogóle robił), Sandra, Anka, Iza i dwóch chłopaków, których nie znałam. Nie wiedziałam, co takiego wśród nich robi też Iza, ale nie zwróciłam na to większej uwagi.  Skupiłam się przede wszystkim na tym, że byli tu tylko oni i ja, a inne żywe dusze były kilkaset metrów od nas. Co ważniejsze, nie było tu Bartka i szczerze wątpiłam, że mógłby się pojawić.
          Nie przypatrzyłam się im dobrze, dlatego nie wiedziałam, czy ktoś z nich zauważył, jak panicznie wracam za ścianę budynku. Serce podeszło mi do gardła, gdy wśród dźwięku ich rozmów, z których nie rozpoznałam żadnego głosu, bo byłam zbyt przerażona usłyszałam odgłos czyjegoś biegu.
          Momentalnie zerwałam się również do ucieczki, przez chwilę zastanawiając się czy nie wołać o pomoc. Chwila zastanowienia okazała się za krótka, bo nim się spostrzegłam napastnik złapał mnie w pasie i z agresją bez najmniejszego problemu podniósł mnie i rzucił mną o ścianę za nami. Od razu rozpoznałam w nim Sebastiana.
          Z przeraźliwym dźwiękiem uderzyłam plecami o beton, a przez mój kręgosłup przeszedł paraliżujący ból. Przez pewien czas nie mogłam się w ogóle ruszyć z miejsca. Myślałam, że cisnął mną z taką siłą, że połamał mi wszystkie kości. Nie miałam czasu by sprawdzić, czy moje plecy jakoś się trzymają, bo po chwili ujrzałam nad sobą jego posturę.
          Widziałam, że był wkurzony, ale również dostrzegłam radość w jego wyrazie twarzy. Nie dziwiłam się temu, skoro teraz mógł ze mną zrobić co chciał, dosłownie. Nie było szans, że otrzymam jakąkolwiek pomoc. Bo od kogo? Byliśmy tu przecież sami. Ogarnął mną taki strach, że nie mogłam nic powiedzieć, czułam jak struny głosowe nerwowo napinają się uniemożliwiając mi nawet żałosne błaganie o to by pozwolił mi odejść.
          Kucnął przede mną i wyciągnął dłoń by ująć moją brodę. Twarz miał nadzwyczaj blisko na tyle, że mogłam poczuć jego oddech, przesiąknięty smrodem piwa. Dopiero skończyły się lekcje. Jak to możliwe, że on już zdążył się napić alkoholu?
- Co tu robisz, skarbie? - spytał z tak bardzo udawaną troską, że w głowie już pojawił mi się obraz, jak dokańcza dzieło, które rozpoczął w szkole. - Zgubiłaś się?
          Ścisnął palce na mojej szczęce na tyle mocno, że musiałam zacisnąć powieki, żeby zaraz nie wybuchnąć płaczem. To była ostatnia rzecz, jaką teraz chciałam zrobić. Płacz wydawał mi się pokazaniem mu, że ma nade mną kontrolę, jakby nie wystarczyła mi świadomość, że tak rzeczywiście jest.
- Oj. - westchnął. Jego głos przybierał coraz bardziej nieodgadniętą barwę, która nie wróżyła nic dobrego. - Teraz chyba nikt ci nie pomoże.
          Chwilę później zamachnął się, a jego ściśnięta pięść wylądowała na moim policzku. Pod wpływem uderzenia moja głowa odbiła się niczym piłka na ścianę, wywołując ogromny ból. Poczułam jak po mojej twarzy spływa strużka krwi, a rana niemiłosiernie mnie piecze. W oczach zakręciły mi się łzy, a umysł opanował strach jeszcze większy niż poprzednio. Czy ten idiota zdawał sobie sprawę, że chwila nieuwagi, jeden zbyt silny ruch i mógł mnie zabić? Modliłam się, żeby to była tylko moja histeryczna strona, która teraz się uwidoczniła.
          Oderwał mnie od ściany, o którą się opierałam i rzucił mną na środek przejścia.
          Po chwili poczułam jak ściska mi się żołądek pod wpływem mocnego kopnięcia w brzuch. Mimowolnie wrzasnęłam gardłowo, czując rozdzierający mnie od środka ból. Chciałam podkulić nogi, ale przeszkodził mi kolejnym kopem prosto w brzuch.
          Straciłam rachubę czasu przy jakimś czwartym kopniaku w brzuch i drugim w plecy. Czasami zastanawiałam się, jak to jest uodpornić się na wciąż zadawany tobie ból. Wolałam aby rozmyślenia poprzestały na wyobraźni, a nie rzeczywistości. Z każdym kolejnym ciosem ból był mniejszy. Ale to nie zmienia faktu, że całe ciało miałam sparaliżowane, nie mogłam nic zrobić. Ani podnieść ręki, ani czegoś powiedzieć. W pewnej chwili zaczęłam się obawiać czy w ogóle wyrobię z oddychaniem.
          Przerażenie nie ustępowało, jedynie potęgowało się, gdy coraz bardziej uświadamiałam sobie o mojej bezradności w tej sytuacji.
- Przestań!
          Rozpoznałam ten głos od razu. Wydawał się być tak rozpaczliwy, że posądziłabym ją o płacz, gdybym mogła lepiej się temu przysłuchać. Szumiło mi w uszach, więc jedynie skrawki tych głośniejszych wypowiedzi do mnie docierały, a reszty musiałam się domyślać. Iza.
          Mimo że od jakiegoś czasu przez zaciśnięte oczy i brak bólu domyślałam się jedynie, czy Sebastian wciąż mnie atakuje, tak w tym momencie byłam pewna, że przestał. Uciekać, pierwsza myśl, gdziekolwiek. Wiedziałam jednak, że nieważne gdzie bym się nie udała, będę tak osłabiona, że nie dam rady uciekać za długo.
          Podniosłam delikatnie głowę i dopiero teraz zauważyłam jak brudne miałam okulary, na tyle, że za wiele przez nie nie widziałam.
- Masz coś do mnie? - syknął, podchodząc do niej.
          Wyciągał już przed siebie rękę by ją złapać, ale Wiktor popisał się trzeźwością umysłu i odepchnął go delikatnie.
- Zostaw ją w spokoju. - warknął Wiktor.
- Ośmielasz się przeciwstawiać komuś wyżej rozstawionym? - spytał Sebastian.
- I mówisz to ty, gdy właśnie pobiłeś dziewczynę, który wyżej od ciebie rozstawiony Bartek zakazał szczególnie tobie dotykać.
          Zauważyłam jak ze zdenerwowania zaciska zęby.
- Dobrze wiesz, że na Bartka nie masz żadnego haka i jeśli będzie chciał może zniszczyć cię jednym ruchem palca. - powiedział Wiktor, podchodząc do Sebastiana. - Dlatego jeśli ośmielisz się ją tknąć - wskazał Izę. Nie żeby coś, ale to ja tutaj jestem ta najbardziej poszkodowana, prychnęłam w myślach. Nawet jeśli tak się zachował w stosunku do Izy to i tak wolałam do niego zachować dystans. - Ja ośmielę się powiedzieć wszystko Bartkowi, wspominając o wszystkich szczegółach, takimi jak ilość ciosów w brzuch, w plecy i dokładny przebieg...
- Niech ci będzie. - odparł Sebastian, po czym machnął na nich ręką.
          Odwrócił się do mnie i zaczął znów podchodzić. Jakby do tej pory ból rozchodzący się po moim ciele, paraliżujący każdą najdrobniejszą komórkę nie wystarczył, on potrzebował jeszcze więcej. Niekontrolowanie spojrzałam na Izę błagającym spojrzeniem. Mogła być na mnie zła, mogła być wściekła o te bzdury, ale błagałam ją żeby w tej jednej chwili, gdy najbardziej potrzebowałam jej pomocy odpłaciła mi się za wszystko, co kiedykolwiek dla niej zrobiłam. Jak dobrze, że porozumiewanie się bez słów wciąż płynęło w naszej krwi.
- Zostaw ją. - powiedziała stanowczo, o wiele mniej rozpaczliwie niż wcześniej.
          Poruszyłam delikatnie wargami, wypowiadając, a raczej starając się, słowo: dziękuję. 
          Sebastian znów odwrócił się w jej stronę i chciał już coś powiedzieć, gdy ona go wyprzedziła.
- Nie widzisz, że już ma dość? - spytała, na co Sebastian parsknął śmiechem. Śmieć, bawi go moja krzywda, pomyślałam.
          Iza wzięła głęboki wdech. Zbierała odwagę by coś powiedzieć. Rozpoznałam to pomimo zdecydowania widocznemu na twarzy również przerażeniu, które niewątpliwie tylko ja mogłam dostrzec. Sebastian był na to zbyt ślepy, podobnie jak inni wokół.
- Jeśli ją tkniesz, powiem wszystko Bartkowi. - zadeklarowała. - I nie interesują mnie twoje groźby, możesz robić sobie ze mną, co chcesz, o ile zdążysz zanim Bartek ciebie zniszczy.
          Takiej reakcji Sebastiana bez wątpienia obydwie się nie spodziewałyśmy. Roześmiał się głośno, jakby Iza żartowała, a nie mu groziła.
- Widocznie z Bartka jest genialny aktor - przyznał ze śmiechem. - Skoro nabrał was wszystkich na tę samą bajeczkę. Zniszczy mnie? Wolne żarty.
          O jakiej bajeczce on mówił? Od razu przypomniałam sobie moją wcześniejszą rozmowę z Bartkiem i skojarzyłam fakty. Czy oni mówili o tym samym? Sposób w jaki się poznaliśmy był z góry ustalonym planem, w którym odgrywałam jedynie swoją rolę? I mimo że wcześniej uznałam to za niemożliwe, świadomość, że to może być prawda zraniła mnie bardziej niż wszystkie ciosy Sebastiana razem wzięte.
          Sebastian otarł teatralnie łzy śmiechu z kącików oczu.
- Oświecę teraz was wszystkich. - powiedział, powstrzymując śmiech. Mnie i Izie bynajmniej do śmiechu nie było. - Bartek to wszystko zaplanował, a większość osób, zdarzeń była jedynie pionkami. A o wszystkim powiedział jedynie mi i Tomkowi, żebyśmy wspólnie mogli zniszczyć tą małą niczemu niewinną dziewczynkę. - wskazał na mnie. Chciałam, żeby kłamał, tak bardzo chciałam aby to było kłamstwo, jak wszystko inne przez niego wypowiedziane. - Chyba cała nasza trójka jest niesamowitymi aktorami, skoro nikt nie zauważył, że wszystko jest reżyserowane przez nas jak w jakimś filmie. Proszę, powiedz mu jeśli chcesz. Z chęcią przyjmę jego gratulacje dobrze wykonanej roboty.
          Chciałam przestać go słuchać, uciec od tego jak najdalej. Łzy już się dłużej mnie nie słuchały i zaczęły spływać niekontrolowanie po moich policzkach. Słyszałam ich śmiechy, ale nie obchodziło mnie już to. Dlaczego ja? Dlaczego akurat mnie chciał tak skrzywdzić? Rzeczywiście jest genialnym aktorem.
          Sebastian pochylił się nade mną, zdjął moje okulary z nosa i rzucił nimi o ziemię, po czym zdeptał doszczętnie, a w uszach odbijało mi się jedynie tłuczenie szkła. Zaraz po tym wylał coś na mnie, po zapachu rozpoznałam, że to piwo, a na zakończenie opluł mnie. Czułam się jak śmieć.
- Niech będzie. - powiedział znużonym głosem. - Znaj moją litość, wystarczy ci. - powiedział to, jakby odbierał mi właśnie coś na czym mi zależy. Wywołał u mnie tym tonem obrzydzenie.
          Gdy wszyscy odeszli, zostawiając mnie samą w końcu mogłam rozpłakać się tak głośno jak tylko chciałam. Podkuliłam z trudem nogi przez rozdzierający mnie ból, nie tylko fizyczny, ale również psychiczny. Z każdą sekundą rozumiałam coraz więcej.
          Nasze stosunki utrzymujące się jeszcze po zakończeniu kary wcale nie były moją szansą zaistnienie w jego oczach jako naprawdę wartościowa dziewczyna. On mnie przez cały czas wykorzystywał by w tej jednej chwili zadać mi precyzyjnie wymierzony cios. Dlaczego akurat ja? Czym zawiniłam, po prostu sobie żyjąc? Nie wchodziłam mu w drogę, ustępowałam mu zawsze miejsce, bo czułam jego wyższość. Mógł robić co chciał, a mimo to nie wystarczyły mu te możliwości. Poświęcił tyle czasu, tyle czasu by mnie zniszczyć, zrównać z błotem i sprawić bym na końcu poczuła się jak śmieć.
          Płakałam podobnie jak wtedy w altance obok Gryf Areny. Przypomniało mi się jak do mnie przyszedł i usiadł obok. Wtedy usłyszałam po raz pierwszy jego śmiech, sztuczny śmiech. Każde wspomnienie z nim związane zadawało mi coraz więcej ciosów.
          Nagle usłyszałam czyjeś kroki i nim spojrzałam kto taki mnie zauważył, poczułam mocne objęcie. Po łaskoczących moją wilgotną twarz ciemnych lokach od razu wiedziałam, że to Iza.
- Przepraszam. - wyszeptała mi do ucha. - Tak bardzo mi przykro, to wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej.
          Nie umiałam się odezwać. Płacz ścisnął moje struny głosowe w żadnym stopniu nie dając mi dojść do słowa. Na szczęście ona zrozumiała mnie bez słów, wiedziała, że ja też żałuję tego co się wydarzyło.
          Siedziałyśmy tak jakiś czas. Nie zwracałam nawet uwagi na to, że Iza ściska moje wciąż obolałe po uderzeniach miejsca w uścisku. Posiadanie jej obok było jednym z plusów całej sytuacji, w sumie, to był jedyny plus - odzyskałam przyjaciółkę. Moje życie miałoby szansę na powrót na ten sam tor, co przed pojawieniem się Bartka. Chciałam w to wierzyć.
- Przesiąkniesz smrodem piwa. - wyszeptałam, odzyskując w końcu głos.
- Nie obchodzi mnie to.
          Odprowadziła mnie na peron i mimo że jej o to nie prosiłam pojechała wraz ze mną do mojego domu. Po drodze zaszłyśmy do publicznej toalety, żeby zrobić mi makijaż. Wyglądałam okropnie. Mój policzek był strasznie opuchnięty, byłam cała czerwona, a na moim czole widniała czerwona rana po przywaleniu w ścianę. Cały czas byłam obolała, więc nawet taka czynność jak robienie makijażu wywoływała u mnie ból.
          W pociągu patrzyli na nas z obrzydzeniem, bo zapach piwa czuć było bardzo dobrze. Niewątpliwie myśleli, że po prostu jesteśmy pijane, albo urządzaliśmy sobie zabawę. To tylko dowód na to, że ludzie czasem naprawdę nie znają całej prawdy, a i tak osądzają.
          Iza pojechała dalej, żegnając się ze mną na przystanku i życząc bezpiecznej drogi do domu. Chciała pójść ze mną, ale stanowczo jej zakazałam. Po kilku minutach sprzeczek w końcu postawiłam na swoim i szłam samotnie w kierunku domu.
          Miałam nadzieję, że rodzice nie zauważą mnie, albo nie poczują tego smrodu, dopóki nie wypiorę ubrań. Jednak mama stała jakby na warcie, oczekując mojego powrotu i gdy tylko pojawiłam się w przejściu przesiąknięta smrodem piwa naskoczyła na mnie.
- Piłaś?! - krzyczała.
- Nie!
- Przecież czuję ten smród! - szarpnęła mnie za ubrania, wąchając je by upewnić się czy ma rację. Widziałam jak na jej twarz wstępuje coraz większa furia. Tylko nie teraz. - Marsz do łazienki umyć się, a później mi się wytłumaczysz! Słyszysz?! To koniec twojego jeżdżenia do szkoły! Teraz ja ciebie będę...
- Wiesz co? Zamknij się. - warknęłam.
          Mama wkurzyła się jeszcze bardziej. Nietrudno się domyślić, że przestało mnie to interesować. Zanim cokolwiek powiedziała, to ja zaczęłam.
- Ty nic nie wiesz! - krzyknęłam. - Kiedy byłam dręczona w szkole ty kłóciłaś się z tatą, nie interesując się swoim dzieckiem! Nie masz prawa mi teraz wytykać, czegoś o czym nawet nie masz pojęcia! - chyba trafiłam w czuły punkt, bo jej wyraz twarzy delikatnie się zmienił w bardziej opanowany. - Wiesz co się stało? Oczywiście, że nie! - zrobiłam chwilę przerwy na wzięcie wdechu. - Zostałam pobita. - w dodatku nie tylko fizycznie. Czuję jak boli mnie serce, jak cała moja psychika burzy się jak domek z kart. 
          Jej wyraz twarzy momentalnie złagodniał. Wykorzystałam to by ją wyminąć i ruszyć po potrzebne rzeczy, żeby oporządzić swój wygląd. Wzięłam jak zwykle dwa ręczniki i czyste ubrania.
          Umyłam się, a przynajmniej starałam się to zrobić. Przeszkadzał mi nie tylko ból, ale również widok czerwonego, powoli siniejącego brzucha. Gorące krople pomagały mi ukoić zmysły, a przynajmniej choć trochę mogłam zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Gdy tylko sobie przypomniałam słowa Sebastiana po moich policzkach znów zaczęły spływać łzy.
          Gdy wyszłam z łazienki ubrana w czarną luźną bluzkę i dresy mama czekała przed drzwiami. Widziałam, że była bardzo zmartwiona.
- Co się stało? - spytała.
          Szczera rozmowa z rodzicami przyniosła mi więcej niż mogłam się spodziewać. Nie tylko mi, ale również oni zrozumieli swoje błędy w wychowywaniu mnie. Teraz, gdy okres dojrzewania powoli się kończył i powinnam uczyć się samodzielności oni odpuścili, zostawiając mnie na lodzie z problemami, z którymi sobie nie poradziłam. Mama uparła się, że zgłosi sprawę do dyrektora, a Sebastian za jej wkładem pożałuje tego, co zrobił. Tata zaprzysiągł, że gdy tylko go zobaczy to go zabije. Tak odmienni, a mimo to chcieli dla mnie jak najlepiej.
          Nie powiedziałam im jednak o tym, co w tym wszystkim zraniło mnie najbardziej. Mama pewnie wciąż miała w głowie obraz Bartka jako idealnego chłopaka dla mnie, a tata... Tata go w ogóle nie znał, chyba że mama już go poinformowała o moim chłopaku. 
          Na samą myśl o nim zaszkliły mi się oczy. Rodzice pomyśleli, że to od bólu, więc kazali mi iść się położyć. Dobry pomysł, pomyślałam i ruszyłam wolnym krokiem w kierunku mojej sypialni.
          Przykryłam się kołdrą i wbrew przypuszczeniom trudno mi było zasnąć.
          Ponownie mój umysł ogarnęły obrazy wszystkich wspomnień związanych z Bartkiem. Od tych pierwszych do tych ostatnich. Uśmiechnęłam się na myśl o małej Madzi i jego bracie. Później ogarnął mnie niepokój, czy ich przypadkiem też nie przesunął na swoją stronę i wykorzystał by mnie zniszczyć. Przecież to były tylko dzieci, nie mógłby. Miał swoje granice.
          Czy wszystkie rzeczy, które o sobie opowiadał były prawdą? Nawet to zdjęcie? Nie, zdjęcie musiało być prawdziwe. Mimo zupełnie innego wyglądu, dostrzegałam w nim podobieństwo, którego mimo prób się nie pozbył.
          A ta noc spędzona w jego domu? Nie mógł jej zaplanować, bo jak? Tak naprawdę to ja wpadłam nieświadomie, dając mu tym samym okazję do wykorzystania mnie. Wiedział, że wtedy nie spałam? Musiał wiedzieć, skoro powiedział coś takiego i robił takie rzeczy.
          Z drugiej strony przypomniałam sobie jego słowa i obawy, że mnie straci gdy się dowiem. Teraz, gdy znałam mniej więcej cały zarys sytuacji faktycznie mogłam stwierdzić, że jego obawy były słuszne. Obawa też była udawana?
          A dwadzieścia trzy życzenia? Czy to była tylko przykrywka przed tym, żebym o nic go nie podejrzewała i dawała mu czas i poszerzać jego zasięg, gdy ja w tym czasie będę zamroczona jego życzliwością? O co w tym wszystkim chodziło?
          A rysunki? Co on tak naprawdę o nich myślał, gdy je widział? Wprowadzały go w obrzydzenie, czy raczej doceniał moją pracę? Sam jego prezent na wigilię musiał być drogi, więc myślałam, że chciał abym się w tym kierunku rozwijała. Z drugiej strony wydałby tyle pieniędzy, żeby później mnie skrzywdzić? A może miał po prostu jakieś kontakty w hurtowni?
          A Tomek? Myślałam, że zyskałam nowego przyjaciela, ale okazało się, że był tak samo dwulicowy jak jego kumpel? W pierwszej chwili przypomniałam sobie, jak chcąc dla niego dobrze kupiłam mu ubrania dla jego sióstr, matki i ciotek? Pieniądze wyrzuciłam w błoto, bo on był nieszczery?
          Najważniejsze pytanie zostawiłam na koniec, na które w żaden sposób nie mogłam odpowiedzieć, ani wyciągnąć możliwej odpowiedzi. Czy jemu w ogóle na mnie zależało, czy to też była przykrywka? Jednak moje życie nie mogło być bajką z księciem w jego osobie, który mógłby się zakochać w kimś takim jak ja. Już na samym początku czułam, że to niemożliwe. Było jednak coś gorszego. Może i on mnie nie kochał, ale tego samego nie można było powiedzieć o mnie. Szkoda, że uświadomiłam to sobie w takim momencie.
          Nie mogłam tak dłużej. Za dużo pytań tliło się w mojej głowie, przysparzając mnie o jej ból. Chwyciłam telefon, który położyłam na szafce nocnej i jak w amoku wykręciłam jego numer, który wciąż znałam na pamięć.
          Odebrał jak zwykle po trzech sygnałach. Czasami z nudów liczyłam.
- Halo? - usłyszałam jego spokojny głos, który wiele razy mnie koił. Cóż, nie tym razem. Z moich oczu mimowolnie popłynęły łzy. A chciałam być zdecydowana i twarda, mówiąc to, pomyślałam. Nie, to było niemożliwe.
- Bartek? - spytałam głupio, dając mu znać, że płaczę, bo chwila wystarczyła bym wybuchła głośnym szlochem.
- Weronika? Co się stało? - pytał zmartwiony. A może po prostu udawał? - Dlaczego płaczesz?
- Bartek... - zaczęłam się jąkać, nie mogąc złapać oddechu. Łzy spływały po moich policzkach w ekstremalnym tempie, nie pozwalając mi dojść do słowa. - Sebastian... On mi wszystko powiedział...
          Zapanowała momentalna cisza.
- Co takiego ci powiedział? - spytał przerażony.
- To, czego ty się niby bałeś... - powiedziałam oskarżycielsko, ale łzy uniemożliwiły mi przekazanie mu wszystkich wyrzutów. - Już wiem, ze traktowałeś mnie jak zabawkę...
- Weronika, to nie tak. - powiedział.
- Chciałabym ci wierzyć... - zaszlochałam. - Ale nie umiem. Nie potrafię znów wmawiać sobie, że tobie naprawdę na mnie zależy. Że to wszystko może mieć szczęśliwe zakończenie,  w którym może bylibyśmy razem. To wszystkiego już nie jest na moje nerwy, mam dość.
           Zaszlochałam głośno, wycierając łzy rękawem bluzy.
- Dzisiaj uświadomiłam sobie, jak często przez ciebie płakałam. - powiedziałam. - Myślałam, że to wszystko jest warte zachodu, a kiedyś zamiast łez spływających po policzkach będę mogła nosić szeroki uśmiech. Myliłam się, prawda? O to ci chodziło, co nie? Ile jeszcze ci trzeba? Ile ci potrzeba byś był usatysfakcjonowany? Chcesz żebym popełniła samobójstwo? Byłabym w stanie. Dzisiaj wiem, jak bardzo byłam w stanie zrobić wszystko, wszystko, abyś tylko miał uśmiech na twarzy i mógłbyś być szczęśliwy. Nie chodziło mi już o to, żebyś mnie kochał, ale o to abyś cieszył się każdym dniem i mógł zrozumieć to, co straciłeś, poświęcając się siatkówce.
           Otarłam kolejną porcję łez, starając się uspokoić głos.
- To ludzie robią z miłości, prawda? - spytałam. - Tak, dobrze słyszałeś. Kocham cię... - wybuchnęłam już całkowicie. - Czekałam tyle czasu by z radością móc ci to powiedzieć i usłyszeć jak mówisz te swoje mądrości życiowe. Czasami sobie wyobrażałam jak wyjeżdżasz z tekstem, że nie wiem co czuję i to tylko pomyłka. Szykowałam sobie wtedy odpowiedź. I teraz mogę ci ją nawet powiedzieć.
            Wytarłam szybko znowu łzy.
- Może i nigdy nikogo nie kochałam, tym bardziej w taki sposób. - powiedziałam cicho. - Ale dzisiaj, gdy Sebastian mnie pobił myślałam, że te ciosy są największym bólem jaki kiedykolwiek mogę poczuć. Dopiero, gdy wyjawił mi całą prawdę, kim tak właściwie dla ciebie byłam zrozumiałam, że przy tym bólu jaki ty mi sprawiłeś nic nie może się równać. Zrozumiałam, że tak naprawdę ty nigdy nie byłeś dla mnie dobry, zawsze tylko udawałeś i muszę przyznać, że jesteś doskonałym aktorem. Tylko dlaczego ja musiałam pokochać tę wykreowaną przez ciebie wersję?
            Ponieważ mój rękaw był już mokry wytarłam oczy pierwszą rzeczą jaka wpadła mi w ręce. Była to pościel.
- Myślałam, że będę mogła ci z uśmiechem powiedzieć, że jestem pewna, że to miłość, bo czuję, że bez ciebie sobie nie poradzę. - załkałam. - I to prawda. To, co ci powiedziałam wczoraj było prawdą. Zrobiłeś dla mnie więcej niż ktokolwiek inny, ocaliłeś mnie od porażki. Jestem w stanie dziękować ci za to do końca życia, niezależnie od tego jakie miałeś wtedy intencje. Dzięki tobie jeszcze żyję, nie popadłam w nic i mogłam doznać naprawdę niesamowitych chwil.
            Wzięłam głęboki wdech, co przez łzy było trudne.
- Gdy spędzałam u ciebie noc nie spałam, gdy wróciłeś do domu i pewnie o tym wiesz, bo inaczej nie powiedziałbyś tego, co powiedziałeś. - Wtedy nie posiadałam się ze szczęścia, gdy usłyszałam, że pewnego dnia możesz stwierdzić, że mnie kochasz... Od razu po tym jak wyszedłeś zaczęłam piszczeć w poduszkę, zawsze tak reagowałam. Nawet jak zaszczyciłeś mnie chociaż jednym swoim spojrzeniem czułam, że to kiedyś może przerodzi się w coś więcej. Nie musisz mi mówić, że jestem najbardziej naiwną osobą jaką znasz, skoro nabrałam się na tę grę.
            Przetarłam nos o rękaw.
- I jeszcze te życzenia. - odparłam. - Od razu po tym, gdy to do mnie dotarło szykowałam w głowie plan naszego ślubu, wspólnego życia i jak w łatwiejszy sposób dojdę do tego szczęśliwego zakończenia. Otworzyłeś przede mną naprawdę wielką szansę, zrobiłeś coś o czym nikt inny pewnie nawet by nie pomyślał. Ta oryginalność pozwoliła ci przyćmić mój umysł aż do teraz.
            Pora na ostatnią i najtrudniejszą kwestię. Wzięłam głęboki wdech po raz kolejny.
- Teraz z dumą możesz stwierdzić, że ci się udało zranić mnie jak jeszcze nikt w moim życiu. Jestem pewna, że będę rozpaczać długo i straszliwie zniosę ten czas, ale odzyskałam przyjaciół, którzy mam nadzieję, że mi pomogą. Nie chcę cię dłużej zamęczać tymi wywodami, bo naprawdę też już mam dość. Na koniec chciałabym cię prosić o tylko jedną rzecz - zostaw mnie. Już nie masz po co mnie dalej męczyć, bo niezależnie od tego jakie słowa byś mi nie powiedział, czego byś nie zrobił, nawet gdybyś mnie pobił tak jak się tego bałam, nigdy nie sprawisz mi większego bólu niż dzisiaj. Proszę, daj mi już żyć. Daj mi doświadczyć w końcu miłości do kogoś innego z kim będę mogła być...
            Rozłączył się.
- Szczęśliwa. - dokończyłam, po czym wtuliłam twarz w poduszkę i wybuchnęłam jeszcze głośniejszym płaczem.
            Mama co jakiś czas zaglądała do mnie zmartwiona, pytając czy wszystko jest w porządku.
            Oczywiście, że nie jest w porządku. Dzisiaj straciłam część siebie, poczułam jak to jest, gdy serce się łamie na miliony kawałków. Straciłam osobę, którą szaleńcze kochałam, dla której byłam w stanie poświęcić wszystko by widzieć dzień w dzień jej uśmiech. Nic nie jest w porządku.
- Tak, mamo. Za niedługo mi przejdzie. - odpowiadałam.
            Nie wiem ile czasu minęło od ostatniej jej wizyty. Przez cały czas wypłakiwałam się w poduszkę, drażniąc sobie boleśnie oczy. W końcu jednak zaczęłam się powoli uspokajać, gdy już według mnie nie miałam łez do wypłakania.
            Usłyszałam nagle zamykanie drzwi wejściowych i jak ktoś energicznie wchodzi po schodach.
- Mamo, mówiłam, że wszystko w porządku. - jęknęłam w poduszkę.
            Nie zaszczyciła mnie odpowiedzią, więc podniosłam się delikatnie i odwróciłam w stronę wejścia do pokoju by powiedzieć jej, że naprawdę nie ma się o co martwić.
            Zamarłam, widząc kto przede mną stoi.
- Pamiętasz? - spytał. - Kiedyś ci powiedziałem, żebyś nie liczyła na to, że kiedykolwiek dam ci spokój i pozwolę ci o mnie zapomnieć. - I gdy myślałam, że nie mogę więcej płakać po policzkach zaczęły spływać mi łzy. Dlaczego on to robił? - Nie myśl, że pozwolę ci tak to zakończyć.
Mrs Black bajkowe-szablony